W końcu przyszedł koniec naszego pobytu w Meksyku i Ameryce Centralnej. Dzisiaj poszliśmy odwiedzić muzea, bo wstęp do wszystkich jest za darmo.
Na początek wybraliśmy sie do Pałacu Sztuk Pięknych. Zrobiliśmy zdjęcia hallu w stylu art deco. Nie weszliśmy do środka, bo kolejka była bardzo długa. Pojechaliśmy więc do Chapultepec do Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Zgromadzone są tam dzieła artystów, którzy tworzyli w Meksyku w XX w. Jest tam wiele bardzo ładnych dzieł m.in. jedno Fridy Kahlo pt. „Dwie Fridy”. Muzeum zrobiło na nas bardzo dobre wrażenie i byliśmy pozytwnie zaskoczeni wystawami. Spodziewaliśmy się jakichś udziwnionych obrazów, a były bardzo ciekawe i ładne.
Następnie poszliśmy do Muzeum Sztuki współczesnej Rufina Tamayo. Trochę nas rozczarowało, bo wystawa była bardzo mała i dzieła nie tak ciekawe jak w poprzednim. Mimo to nawet się nam podobało.
Potem poszliśmy w stronę Castillo de Chapultepec. Żeby znaleźć wejście na górę musieliśmy obejść dookoła całe wzgórze
Wstęp oczywiście był za darmo
Z góry roztacza się bardzo ładna panorama na miasto. Pogoda dopisywała, więc widoczność była bardzo dobra. Pokręciliśmy się trochę po zamku i poszliśmy z powrotem do hotelu.
Wysiedliśmy z autobusu przy plaza Hidalgo i poszliśmy coś zjeść do parku Alameda. Dzisiaj wybór padł na hot dogi (3 za 15 pesos). Były całkiem niezłe, więc zamówiliśmy je jeszcze raz.
Wróciliśmy do Pałacu Sztuk Pięknych, ale kolejka była jeszcze dłuższa. Poszliśmy więc do hotelu, bo byliśmy zmęczeni, a czekało nas jeszcze pakowanie.
No i to jest koniec naszej wielkiej przygody. Było super! Podróż życia! Dziekuje Madzia :*
Ostatni dzień w Meksyku 20.09
Zoo i zakupy, 19.09
W sobotę większość mieszkańców Ciudad de Mexico wypoczywa w Xochimilco, albo w Chapultepec. My tym razem wybraliśmy pierwszą sekcję Chapultepec, bo postanowiliśmy odwiedzić ogród zoologiczny. Za wejście do zoo nic się nie placi, ogród jest duży, zadbany i bardzo dobrze zorganizowany (w połowie lat 90-tych był przebudowany za ponad 30 milionów dolarów). Na miejscu były prawdziwe tłumy (nic dziwnego, kiedy miasto liczy 50 milionów mieszkańców). W ogrodzie znajdują się przede wzystkim zwierzęta z Ameryki Północnej, Centralnej i Południowej, jest też sporo przedstawicieli fauny afrykańskiej i kilka gatunków zwierząt z Azji. Najbardziej podobało nam się w ptaszarium, gdzie pelikany, tukany i papugi chętnie pozowały do zdjęć:) Najsłodszy był jednak kalifornijski lew morski, którego podglądaliśmy przez szybę w podziemiach jego akwarium. Zwiedzenie calego ogrodu zajeło nam dobre 2 godziny. Po wizycie w zoo podjechaliśmy autobusem do centrum handlowego Reforma 222 – nic specjalnego. Większość sklepów jest taka sama, jak u nas. No i nie było praktycznie żadnych wyprzedaży!
Z Reformy 222 przespacerowaliśmy się Paseo de la Reforma aż do Centro Historico, pokręcliliśmy się trochę po sklepach (było baardzo ciężko, bo w sobotę centrum miasta zamienia się w gigantyczne targowisko). Następnie przecisnęlismy się przez rzekę ludzi i poszliśmy w kierunku Plaza San Juan. Na targu z pamiątkami kupiliśmy magnesy, a w sklepie z alkoholem zaopatrzyliśmy się w tequilę i ugh! mezcal:}. Wrócilismy do parku Alameda i w „naszym” stoisku zjedlismy kolację – Maciek wybrał pambazo i sope (duża trotilla posmarowana puree z fasoli, z sałatą, serem i wołowiną). Ja zamówiłam grubaskę:} – moja gordita była przepyszna:). Jest to duża, gruba tortilla, przecięta na pół i wypełniona farszem – ja wybrałam pieczarki z serem. Całość oczywiście polana była chile. Mniaaam! Tak minał nam kolejny, smaczny dzień:).
Feria de Chapultepec, 18.09
Dzisiaj pojechaliśmy do wesołego miasteczka:) Rano jak zwykle poszlismy na kawę, a potem złapalismy metro do Chapultepec. Dobrze, ze nie zrywaliśmy się wcześnie z łóżka – w internecie było napisane, że miasteczko otwiera się o 10.00, na miejscu okazało sie jednak, że wejsc mozna dopiero o 11.00. Musielismy poczekać jakieś 15 minut. Kupiliśmy bilet „platinum”, bo uprawnia on do najwiekszej liczby przejażdżek. Przeliczyliśmy wszystko i stwierdziliśmy, że 150 pesos to dobra cena, jeśli chce się skorzystać z najlepszych atrakcji w parku.
Zaczęliśmy spokojnie – poszlismy do „kina”;) Wiedzielismy, że nam się spodoba, bo kiedyś byliśmy juz w podobnym miejscu w Singapurze. Zapięliśmy pasy i wybraliśmy się na koszmarną, wirtualną przejażdżkę:} Nastepnym punktem programu byl „Raton loco” – bylo straaasznie! Jezdziliśmy wagonikami, które zakręcały, jak szalone, wyglądało to tak, jakbysmy zaraz mieli wypaść z torów:) Na końcu wszystko zaczęło się jeszcze kręcic i zupełnie nie wiedzieliśmy, co sie dzieje. Suuuper:) Bylismy pełni adrenliny, więc szybko pobiegliśmy na „Cascabel”…to było coś strasznego! Gigantyczna pętla – najpierw kolejka pruła do przodu, zrobiismy pętlę (otworzyłam oczy na chwilę, ale szybko je znowu zamknelam;)), potem kolejka się cofnęła i zrobiliśmy kolejną pętlę. Myslałam, ze to już koniec tego wariactwa, ale nie! Popędziliśmy jeszcze do tyłu i na chwilę zawisnęlismy w powietrzu…brrr! Strasznie nas ta przejażdżka zmęczyła. Postanowilismy odpocząć na kartodromie – słowo daję, chyba trafił mi się felerny samochód. Mogłam jedynie jechac do tyłu:} Wszyscy na mnie wpadali, ja sama też obijałam się o bandę. Wkurzyłam się i wysiadlam z samochodu, żeby wybrac inny. W tej samej chwili strażniczka zaczęła na mnie wrzeszczeć, ze mam wsiadac z powrotem i blablabla;) Jakoś przetrwałam te kolejne kilka minut:}. Dla uspokojenia nerwów poszliśmy do labiryntu luster (udało nam się dosyć szybko wydostać:)). Potem była „Montana rusa” – najwieksza atrakcja i symbol Feria de Chapultepec – szalony, 40-letni rollercoaster, cały z drewna:D To dopiero była super przejażdżka:). Odpoczęlismy po niej w „Julio Verne”, gdzie z gromadką dzieci oglądaliśmy film o dinozaurach;). Nastepnie wskoczyliśmy na wielki, falujący i kręcący się w kółko parasol – kręcił się tak szybko, że ledwo dawałam radę trzymać się barierki:) Heeeh….Żeby nie obniżyc za bardzo poziomu adrenaliny, poszliśmy znowu na „Raton loco” (jak usiedliśmy w wagoniku, zaczęłam się zastanawiac, co ja tu właściwie robię kolejny raz;)). Było tak samo strasznie!
. Na koniec spłynęliśmy w „Troncos” – dobrze, że była ładna pogoda, bo po tej przejażdżce byliśmy cali mokrzy :}. Nie mielismy przy sobie zegrka, ale wiedzieliśmy, że spędziliśmy w miasteczku mnóstwo czasu. Na stacji metra okazało się, że było juz po 15.00. Dojechaliśmy do centrum. Pospacerowaliśmy jeszcze po parku Alameda i w jednym ze stoisk z jedzeniem zamówilismy sobie pyszne pambazos (ogromne, nasączone salsą i zrumienione bułki z farszem z ziemniaków i mięsa, z sałatą, śmietaną i serem) i quesadillas (tortille z pysznym, ciągnącym sie serem z Oaxaci (quesillo); jako farsz wybraliśmy kurczaka). W pełni usatysfakcjonowani pyszną kolacją wróciliśmy do hotelu. Jutro znowu jedziemy do Chapultepec, tym razem wybieramy się do zoo:).
Przejażdżka po mieście Meksyk 17.09
Dzisiaj zaplanowaliśmy sobie przejażdżkę autobusem po mieście. Jeździ się double-deckerem z otwartym dachem. Do wyboru są 2 trasy: Chapultepec-Centro Historico oraz Ruta Coyoacan/Tlalpan/San Angel.
Do autobusu wsiedliśmy na Zocalo. Trasa autobusu przebiegała prze centrum historyczne Meksyku oraz południowo-zachodnie dzielnice.
Początek trasy był nam dobrze znany, bo wczoraj byliśmy na długim spacerze. Dzięki przejażdżce autobusem dowiedzieliśmy się więcej szczegółów doytyczących miejsc, które widzieliśmy wcześniej. Następnie autobus jechał przez dzielnicę (w Meksyku dzielnice nazywają się colonias) Polanco. Znajduje się w niej mnóstwo sklepów i butików znanych projektantów mody. Poza tym jest tu dużo ładnych domów, a ulice są bardzo zadbane.
Następną dzielnicą, która odwiedziliśmy była Chapultepec. Prześliczna zielone miejsce bardzo blisko centrum miasta. Jest tutaj bardzo ładny park Bosque de Chapultepec z małymi jeziorami, zoo, ogrodem botanicznym oraz wesołym miasteczkiem. Miejsce bardzo chętnie odwiedzane przez miejscowych w weekendy.
Potem odwiedziliśmy Condensę. Budynki w tej dzielnicy są bardzo podobne do europejskich domów. Tutaj też zmieniliśmy autobus i rozpoczęliśmy południową trasę.
Tą trasą jeździ dużo mniej osób, chociaż jest równie ładna jak poprzednia. Przebiega przez dzielnice Condensa, San Angel, Tlalpan, Coyoacan oraz Ciudad Universitaria. Przejeżdzaliśmy obok World Trade Center, plaza de Toros, stadion, na którym odbywały się Mistrzostwa Świata w 1986 roku oraz miasteczko uniwersyteckie.
Gdy tak jechaliśmy na południe mieliśmy bardzo ładny widok na „przedmieścia” Meksyku. To miasto jest ogromne!
Najbardziej spodobał się nam Coyoacan. Bardzo spokojna dzielnica z ladnymi budynkami i placami. Znajduje się tam też dom znanej malarki Fridy Kahlo.
Po skończeniu trasy południowej musieliśmy czekać ponad godzinę na przyjazd autobusu, który nas zawiózł do centrum.
Cały dzień spędziliśmy w autobusie, ale było warto, bo sami byśmy tych miejsc nie odwiedzili, a warto.
Mexico City, dzien III, 16.09
Gzieś przeczytaliśmy, że parada z okazji Dnia Niepodległosci zaczyna się o 9.00. Jednak gdy o 8.00 zadzwonił budzik, poszliśmy dalej spać:) Wstaliśmy o 9.00 i włączylismy tv. Dobrze, że nie zrywaliśmy się z łóżka za wczesnie – o 9.00 rozpoczęły się dopiero wszystkie ceremonie, odczyty itd. Nic ciekawego:) Zebraliśmy się powoli i przed 11.00 szliśmy w kierunku Zocalo – na ulicach było mnóstwo ludzi, nad głową co chwilę przelatywały nam samoloty i helikoptery. Parada już się zaczęła. Ulicami maszerowali żołnierze, marynarze, spadochroniarze, pielęgniarki…Możnaby wymieniać długo:) Przemieszczaliśmy się razem z tłumem z ulicy na ulicę i podziwialismy rozmach, z jakim Meksykanie świętują rocznicę niepodległości. Za rok będzie tu na pewno niesamowita impreza – Meksyk już zaczął przygotowania do obchodów 200-lecia niepodległosci.Oni naprawdę potrafią świętować, szkoda, że u nas 11 listopada oznacza dla większości ludzi jedynie dzień wolny…
Spacerowaliśmy tak dość długo, w końcu udało nam się dotrzec do Parku Alameda – a tam przywitał nas ogromny jarmark, mnóstwo sprzedawców i jeszcze więcej kupujących:) Płyty, pamiątki, ubrania, jedzenie…wszystko, czego człowiek zapragnie;) Pokręciliśmy się trochę po parku, a potem poszliśmy wzdłuż Paseo de la Reforma aż do Monumento a la Independencia. Po drodze zobaczyliśmy też słynną Torre Caballito. Po południu postanowiliśmy pójść do kina:) Wybraliśmy komedię „La cruda verdad” („The ugly truth”) z Katherine Heigl i Gerardem Butlerem. Było całkiem śmiesznie:D. Wieczorem wróciliśmy do domu i kontynuowaliśmy nasz maraton z „Greekiem”. Jutro wybieramy się na przejażdzkę Turibusem:) Znowu cały dzień w autobusie…;)
Xochimilco, Basilica Guadelupe i Grito de Independencia 15.09
Rano wstaliśmy z zamiarem pojechania na wycieczkę double deckerem po mieście. Najpierw poszliśmy poszukać knajpy, gdzie serwują śniadania. Nie znaleźliśmy nic ciekawego, więc poszliśmy do naszej piekarni „Ideal”. Wybraliśmy tam sobie przepyszne empanadas z szynką, serem, z pieczarkami i sałatką z kurczakiem. Każdy miał po 3. Do tego poszliśmy po kawę do 7 Eleven i śniadanie gotowe
Zjedliśmy je na świeżym powietrzu koło Pałacu Sztuk Pięknych.
Potem udaliśmy się do Zocalo, bo stamtąd odjeżdżał autobus. Przez obchody niepodległości organizacja ruchu była mocna zmieniona i autobus tego dnia nie jeździł. Przeszliśmy się po placu, żeby zobaczyć jak idą przygotowania do obchodów. Wielka scena stała już gotowa i odbywały się na niej próby. Na placu było dość sporo ludzi oraz artystów ulicznych: mimów, żonglerów, tancerzy i ludzi na szczudłach w narodowych strojach.
Po krótkiej przechadzce wróciliśmy do hotelu, żeby zdecydować co robić. Wybór padł na Xochimilco. Jest to jedno z ulubionych miejsc wypoczynkowych mieszkańców Meksyku. Dawno, dawno temu było to jezioro, gdzie ludzie składowali warstwami roślinność i muł. W ten sposób przygotowywali podłoże pod żyzne ogrody, które nazywały się chinampas. Takich ogrodów powstało mnóstwo i dzięki temu całe jezioro było pokryte kanałami, które przetrwały do dziś. Cała sieć liczy sobie 180 km długości). Po kanałach pływa się gondolami (trajineras).
Xochimilco jest oddalone od centrum miasto o ponad 20 km, więc musieliśmy pojechać metrem na końcową stację, a potem pojechać podmiejską kolejką (tren ligero) do Xochimilco. Podróż trochę zajmuje, ale nie jest uciążliwa.
Na miejscu drogę do przystani wskazali nam miejscowi i dobrze umiejscowione znaki. Po drodze kupiliśmy sobie jeszcze po pysznym taco z kurczakiem, ziemniakami, cebulą, serem (quesillo) i sosem pikantnym.
Po dotarciu na przystań dogadaliśmy się z gondolierem, żeby nas przewiózł po kanale przez godzinę.
Przejażdżka była bardzo przyjemna i spokojna. Nie było zbyt dużo osób, więc nie było tłoczno. Po kanale pływały łódki ze śpiewakami i grajkami (mariachi), ze sprzedawcami napojów i jedzenia oraz ubrań. W weekendy ludzie przyjeżdżają tu całymi rodzinami z przyjaciółmi i zamawiają jedzenie i picie i robią sobie imprezę na gondoli ![]()
Po przejażdżce udaliśmy się w drogę powrotną. Równocześnie zdecydowaliśmy, że pojedziemy do Bazyliki Guadelupa, najbardziej znanego kościoła w Meksyku. W tym miejscu w 1531 roku nawróconemu na chrześcijaństwo Indianinowi Juanowi Diego objawiła się Matka Boska, której wizerunek utrwalił się na jego szacie. Od tego czasu jest to miejsce kultu i powstała tu piękna bazylika. Wokół niej znajduje się wiele mniejszych kaplic.
Po obejrzeniu wszystkiego poszliśmy zjeść. Wybraliśmy mały lokal na targu. Zjedliśmy zupę oraz główne danie. Magda miała coś podobnego do placku ziemniaczanych (tortas de papas) a ja dostałem chichiarron en salsa verde.
Po drodze do hotelu wstąpiliśmy do piekarni po trochę słodkości
Wieczorem oglądaliśmy seriale i popijaliśmy tequile ![]()
Po 22 ubraliśmy się i założyliśmy szaliki z napisem „Viva Mexico”, które kupiliśmy wcześniej i poszliśmy na plac, żeby zobaczyć główną część obchodów niepodległości i sztuczne ognie. Na ulicach zabawa trwała już na dobre pomimo padającego deszczu. Ludzie psikali się sztuczną pianą z aerozolu (nam też sie dostało
), gwizdali w trąbki i byli bardzo podekscytowani. Wszyscy zmierzali na plac, więc nie wiedzieliśmy czy damy radę wejśc. Okazało się, że nie było tak źle. Udało nam się wejść bez problemu, ale swoje musieliśmy odstać i przejść przez ochronę. Na placu nie było tak dużo ludzi jak nam się wydawało. Do tego nie widzieliśmy żadnych turystów, więc byliśmy otoczeni przez miejscowych ![]()
O godzinie 23 rozległ się dźwięk dzwonu. To obecny prezydent uderzył w niego i rozpoczął „grito de independencia”. Grito zostało pierwszy raz wypowiedziane przez Manuela Hidalgo w 1810. Jak tylko skończył sztuczne ognie rozjaśniły niebo. Wszyscy bili brawo i wiwatowali. Viva Mexico! Mogę sobie wyobrazić jaka będzie fiesta za rok, kiedy Meksyk będzie obchodził 200. rocznicę odzyskania niepogległości.
Z Panamy do Meksyku 14.09
Taksówkę na lotnisko zamówiliśmy sobie na 6 rano, więc wstaliśmy o 5, zjedliśmy śniadanie i przygotowaliśmy się do podróży. O 6 poszliśmy do hallu hotelu i czekaliśmy. Przez 15 minut nasz taksówkarz się nie pojawiał, więc poszliśmy poszukać innego. 4 taksówki później znaleźliśmy jedną.
Na lotnisko jechaliśmy jakieś pół godziny. Nie jest tak daleko jak nam się wydawało. Na lotnisku od razu pokierowali nas do odpowiedniej kolejki do check-in. Trochę to trwało, bo przed nami odprawiała się drużyna młodych baseballistów.
Po przejściu przez ochronę usiedliśmy sobie w poczekalni i włączyliśmy serial, bo tak się składało, że był darmowy wifi ![]()
Lot przebiegł w sumie spokojnie, ale strasznie nam się dłużyło. To tylko 3h25m, ale nie było co robić. Dostaliśmy lunch, puścili nawet film, ale słaby: Noc w muzeum 2.
W Meksyku wylądowaliśmy przed czasem. Już się ucieszyliśmy, że wcześniej dotrzemy do hotelu, ale przywitała nas gigantyczna kolejka do kontroli paszportowej. Po jakichś 40 minutach dotarliśmy do naszych bagaży. Czekało nas jeszcze prześwietlenie walizek i „przycisk”. Przy wjeździe do Meksyku po prześwietleniu bagaży trzeba nacisnąć guzik. Jeśli zapali się zielone światło można iść. Czerwone oznacza szczegółowe sprawdzanie bagażu. Mi wyszło zielone, a Magdzi w sumie też, bo trochę oszukała system
Wcisnęła guzik jak moje zielone światło jeszcze nie zgasło
)) Po wyjściu z terminalu kupiliśmy bilet na taksówkę i pojechaliśmy prosto o hotelu.
Hotel Principal, który wybraliśmy, znaduje się bardzo blisko centrum historycznego, które wygląda bardzo ładnie.
Recepcjonista w hotelu wiedział o naszej rezerwacji i dał nam klucz do pokoju. Weszliśmy i okazało się, że jest to pokój z łazienką, a my chcieliśmy bez, bo jest o ponad połowę tańszy. Zszedłem więc do recepcji i spytałem ile kosztuje. Powiedział, że 290 pesos za noc. Na co ja mu powiedziałem, że go nie chcemy i chcemy pokój bez łazienki za 120 pesos. Dał nam klucz i pojechaliśmy na 4. piętro. Od razu było widać różnicę w standardzie. Pokój była malutki i bez internetu, więc znów poszedłem na dół i spytałem czy nie ma takiego z internetem. Dał nam kolejny klucz, ale ten pokój był bez TV… Poszedłem znowu na dół i powiedziałem mu że zostaniemy w tym z TV, ale bez Internetu, bo sygnał można było złapać na korytarzu. Na co on mi powiedział, że może nam dać pokój z łazienką, TV i Internetem za 200 pesos. Od razu się zgodziliśmy. Pokój mamy bardzo ładny i ma wszystko co nam potrzeba
Trochę się nachodziliśmy w górę i dół hotelu, ale było warto ![]()
Wieczorem poszliśmy wymienić pieniądze i zjeść coś. Poszliśmy do pobliskiej restauracji, gdzie wzięliśmy menu del dia (zupa, ryż z serem oraz kurczak w sosie tamarydnowym dla mnie a Magda enchiladas de mole), które było bardzo dobre.
Potem poszliśmy kupić wodę i przez przypadek trafiliśmy na super ekstra wyśmienitą piekarnio-cukiernię. To jest największa i najlepsza cukiernia jaką widzieliśmy! Piękne pomieszczenie, półki wypełnione przepysznymi bułkami, pączkami, ciastkami, tortami na wszelkie okazje! Po prostu raj łasucha. Kupiliśmy sobie kilka słodkości
Były oczywiście pyszne.
Wieczorem zmęczenie nas dopadło i o 21 już spaliśmy.
Panama City 11-13.09
Piątek powitał nas bardzo kiepską pogodą – całą noc grzmiało i padał deszcz. Chcieliśmy złapać autobus o 7.00, ale gdy zadzwonił budzik, zaczęliśmy się zastanawiac, czy w tym deszczu w ogóle uda nam sie dostać na przystanek. Zaczęlismy się jednak zbierać, Maciek poszedł sprawdzić, czy damy radę zejść do miasteczka. Okazało się, że nie jest tak źle. Uff:) O 7.00 siedzieliśmy w busie do Sony, oczywiście podróż zajęła 2 h, bo kierowca co chwilę się zatrzymywał. W Sonie poszliśmy na śniadanie – spróbowaliśmy w końcu panamskich tortilli (w ogóle nam nie smakowały:}). To jest taka kukurydziana wersja placków ziemniaczanych, praktycznie bez smaku i ociekająca tłuszczem
. O 10.30 wyruszyliśmy do Panama City, 5 godzin bardzo się nam dłużyło. Było strasznie niewygodnie. Na szczęście to już chyba ostatnia taka długa podróz autobusem podczas tej wycieczki:}.
W Panama City wysiedliśmy na Albrook Terminal (szook! dworzec jest czysty, wielki i dobrze zorganizowany). Nie chcielismy się błąkać po mieście, ktorego nie znamy, więc złapalismy taksówkę do Casco Viejo, gdzie zakwaterowaliśmy się w Hospedaje Casco Viejo. Zapłaciliśmy 16 USD, wprawdzie w pokoju nie było prysznica, ale toleta i umywalka, owszem, była:) I wi fi:). Stwierdziliśmy, że za tą cenę mozemy korzystać z dzielonej łazenki.
Wieczorem udalo nam się jeszcze zwiedzić stare miasto – jest dosyć zaniedbane, ale niektóre budynki są odnowione i wyglądaja przepięknie. Ze starego miasta można też podziwiać panoramę innej, nowoczesnej części miasta, z wielkimi wieżowcami. Taki panamski Hong-Kong:). Trzeba przyznać, że Panama City jest jednym z najciekawszych miast w Ameryce Centralnej.
Kolację zjedliśmy w Restaurante Jonathan – słowo daję, najlepsza knajpa w mieście:) Jedzą tu wszysycy. Tanio i smacznie:) Tak to jest, jak ma się w kuchni Chińczyków:).Mniam! W drodze powrotnej do hotelu zaopatrzyliśmy się jeszcze w panamski dżin (1.3 dolara za ćwiartkę:D). Zrobilismy popcorn i do późna oglądaliśmy serial „Greek”:).
W sobotę wtsaliśmy wcześnie, poszliśmy na śniadanie do „Jonathana”, a następnie złapalismy autobus na terminal. Tutaj popytaliśmy ludzi i szybko znaleźlismy autobus jadący do Esclusas Miraflores. Taaak! W końcu zobaczyliśmy Kanał Panamski!!:) Niesamowita sprawa. Tak sie złożyło, że o 10.30 przepływał mały statek i mogliśmy dokładnie zobaczyć, jak wygląda cały proces przeprawy prez kanał. Suuuper!! Nie udało nam się jednak zobaczyć wielkiego statku…spytaliśmy w informacji, kiedy przepływają kontenerowce, tankowce i inne „giganty”. Okazało się, że od 14. Dostalismy stempel na bilecie i mogliśmy bez problemu wrócić po południu. W międzyczasie wybralismy się do zoo. Przesiedzielismy na przystanku prawie godzinę – nie jechał w tym czasie żaden autobus. Mieliśmy dość i z dwójką poznanych Norwegów złapaliśmy taksówkę.
Okazało sie, że zoo jest bardzo małe;/ Największą atrakcją jest zagrożona wymarciem Harpia wielka – wspaniały, ogromny ptak, który jest symbolem Panamy. Oprócz niej widzielismy też m.in. tapiry, jaguara, agouti, coati i małpy. Najfajniejsze były tukany:) Bardzo chetnie pozowały do zdjęć:).
Pospacerowaliśmy trochę po zoo i postanowiliśmy wracac do Miraflores. Oczywiście autobus znowu nie przyjechał. Udało nam się jednak dojechać na miejsce taksówką za 2 dolary. W końcu! Przez kanał przepływały właśnie 2 ogromne statki – konternerowiec z Malezji i gazowiec z Norwegii. My robiliśmy zdjęcia załodze, a załoga nam :}. Ok. 15.00 zbieraliśmy się do wyjścia, udało nam się nawet zlapać powrotny autobus:) Poszliśmy na kolację do naszego ulubionego baru, a potem przeszliśmy się po sklepach z pamiątkami.
W niedzielę pospalismy dłużej. Zrobiliśmy pranie, potem wydrukowalismy karty pokładowe i zjedlismy sniadanie. Słońce prażyło niemilosiernie, było okropnie gorąco. Jedyne, na co mielismy ochotę, to przesiedzieć cały dzien w jakimś chłodnym miejscu:). Pokonaliśmy jednak lenia i poszliśmy na niedzielny targ, gdzie kupilismy sobie po książce (ja Robina Cooka, Maciek – Grishama). Potem przespacerowaliśmy się Avenida Central, przy Avenida Balboa kupiliśmy hamak:) (11 dolarów, ale zapłacilismy 12, bo sprzedawczyni była wyjątkowo miła i chętnie dała nam znizkę. A niech ma dolara więcej:}). Złapaliśmy taksówkę do Multiplaza Central, bo postanowiliśmy iść do kna i przejsc się po sklepach. Oczywiście kino było zamkniete, a w sklepach nic ciekawego nie znaleźliśmy. Do domu wrócilismy promenadą. Było nieznośnie gorąco! Poszliśmy na obiad (mmm..nie ma to, jak panamskie chow mein:)). Wieczór upłynął nam pod znakiem pakowania. W końcu, po wyrzuceniu kilku rzeczy mój plecack zmalał do normalnych rozmiarów. Przed snem zafundowaliśmy sobie jeszcze porcję „Greeka”. Jutro pobudka o 5.00…
Santa Catalina dzień II 10.09
Dzień wcześniej wieczorem modliliśmy się o dobrą pogodę na dzisiaj. Na szczęście pogoda była dla nas łaskawa i zapowiadał się bardzo ładny i słoneczny dzień. Postanowiliśmy więc przetestować fale na pobliskiej Playa Estero. Najpierw poszliśmy do Cabinas Rolo, żeby pożyczyć deskę. Ja wybrałem sobie funboard 7’3. Magda chciała longboard, ale nic nie mieli, więc poszliśmy na plażę, bo tam też jest wypożyczalnia desek. Na plażę idzie się około 20 minut. Żar zaczynał się powoli lać z nieba. Na miejscu znaleźliśmy ulubiony typ deski Magdy – Softop longboard. Zapłaciliśmy i poszliśmy nad morze.
Na samym początku fale były bardzo fajne. Były całkiem duże. Bardzo fajnie nam sie surfowało. Magda w końcu czuła się pewnie na desce i bardzo dobrze jej szło. Dużo fal złapała i udało jej się długo popłynąć na fali. Mi też szło bardzo dobrze. Starałem się brać większe fale i nieźle mi szło
Generalnie byliśmy bardzo zadowoleni z surfingu. Spędziliśmy na plaży ponad 5 godzin na surfowaniu! Było super
Po godzinie 16 wróciliśmy do nas. Wykąpaliśmy się i poszliśmy oddać moją deskę. Niestety okazało się, że deska jest lekko uszkodzona. Jeden ze stateczników był lekko naderwany. Nie wiem jak to się stało, bo nie miałem żadnego zderzenia ze skałą czy innym twardym obiektem. Niestety trzeba było zapłacić 10 USD za naprawę.
Potem poszliśmy do pobliskiej restauracji na obiad. Zamówiliśmy sobie chow mein z kurczakiem. Dostaliśmy mega wielką porcję. Ja prawie wszystko zjadłem, a Magda wzięła to co zostało dla psów, które mieszkają z właścicielami Cabanas.
Wieczór spędziliśmy na graniu w karty i odpoczywaniu. Nie mogliśmy się zdecydować co robić jutro: zostać jeden dzień dłużej czy jechac do Panamy. Stanęło na tym, że jedziemy do stolicy. Wieczorem jak zwykle w Panamie bywa padał deszcz…
Podróż do Santa Cataliny 09.09
Po burzliwej naradzie dzień wcześniej postanowiliśmy pojechać na plażę do Santa Cataliny. Oznaczało to długą podróż. Najpierw pojechaliśmy do David. Stamtąd wzięliśmy autobus do Santiago, który dowiózł nas w 3 godziny. Miasto przywitało nas niezłą ulewą. Poza tym kompletnie nie wiedzieliśmy gdzie mamy iść, żeby złapać autobus do Sony. Popytaliśmy się kilku ludzi i okazało się, że musimy pojechać taksówką na inny terminal. Udało nam się szybko złapać taxi i pojechaliśmy. Tam już czekał na nas autobus. Podróż do Sona miała trwać około 1h, ale trwała 1,5. Na miejscu byliśmy koło 15.20, więc mieliśmy czas do 16 na zjedzenie obiadu, bo byliśmy głodni. Spytaliśmy się miejscowych gdzie jest jakieś tanie żarcie i poszliśmy do restauracji. Tam zamówiliśmy jedzenie i poszliśmy na przeciwko do supermarketu po zakupy. Jak wróciliśmy okazało się, że przygotowanie chow mein zajmie im ponad 20 minut co oznaczałoby, że nie zdążymy na autobus. Powiedzieliśmy im, żeby dali nam coś innego. Dostaliśmy standardzik: kurczak, ryż i sałatka
Szybko to zjedliśmy, bo byliśmy głodni. Jak tylko skończyliśmy jeść przyszedł jakis gość i spytał czy jedziemy do Santa Cataliny, bo autobus zaraz odjeżdża. Powiedzieliśmy, że tak i szybko sie zebraliśmy.
W Santa Catalinie byliśmy 2 godziny później. Tutaj też mocno padało. Musieliśmy znaleźć sobie jakiś nocleg. W Cabinas Rolo mieli pokoje z dzieloną łażienką za 10 USD za osobę. Powiedzieliśmy, że sie zastanowimy i poszliśmy dalej. W hotelu na głownym skrzyżowaniu mieli jeszcze droższe pokoje, więc poszliśmy dalej. Deszcz nie przestawał padać, więc szło się ciężko. Trafiliśmy w końcu do Cabanas Palmeras. Cena była taka sama, ale przynajmniej byliśmy sami i mieliśmy z pokoju widok na morze ![]()
Zmęczeni całodniową podróżą poszliśmy spać.